Na naszym blogu najczęściej piszemy o Warszawie, Mazowszu i trasach, które można przejechać w ciągu jednego dnia. Tym razem pojechaliśmy zdecydowanie dalej. Pod koniec sierpnia spakowaliśmy rowery i sakwy i ruszyliśmy na Alpe Adria, jedną z najbardziej znanych długodystansowych tras rowerowych w Europie. Ponad 400 kilometrów, dwa kraje i cztery dni na rowerze – od austriackich Alp aż po Adriatyk. Jak wyglądała trasa, co zaskoczyło nas po drodze i czy pojechalibyśmy nią jeszcze raz? Zapraszamy na naszą Alpe Adria.

alpe-adria-wygodny-rower

Trasa zaczyna się w Salzburgu, prowadzi przez austriackie Alpy i Karyntię, później przekracza granicę z Włochami i kończy się w Grado nad Adriatykiem. Całość ma około 415 kilometrów i najczęściej rozkłada się ją na 6–9 dni. My mieliśmy cztery. A to oznaczało dość intensywne tempo: pierwszego dnia przejechaliśmy 109 km, a trzeciego aż 146 km. Udało się, ale po powrocie powiedzielibyśmy jednak, że jeśli tylko macie więcej czasu, warto go wykorzystać. Nie dlatego, że Alpe Adria jest wyjątkowo trudna, ale dlatego, że po drodze jest wiele miejsc, w których dobrze byłoby zostać trochę dłużej.

Najpierw Salzburg

Nasza wyprawa zaczęła się wcześnie. FlixBus z Warszawy Zachodniej odjeżdżał o 5:10 rano. Nie jest to może najbardziej efektowny początek alpejskiej przygody, ale w praktyce okazał się bardzo wygodny. Rowery pojechały z nami na bagażniku z tyłu autobusu, a my nie musieliśmy martwić się samochodem ani późniejszym powrotem po niego z Włoch.

alpe-adria-wygodny-rower

alpe-adria-wygodny-rower

Do Salzburga dotarliśmy około 21:20. Podróż była długa, ale ostatecznie ten sposób dojazdu okazał się całkiem wygodny i tani. Trzeba tylko pamiętać, że nie każdy kurs FlixBusa przewozi rowery, dlatego miejsce dla roweru należy sprawdzić już przy rezerwacji konkretnego połączenia.

Dzień 1. Salzburg – Bad Gastein

Pierwszy etap od razu miał 109 kilometrów, więc nie było zbyt wiele czasu na spokojne rozkręcanie wyjazdu.

Początkowo trasa prowadzi wzdłuż rzeki Salzach. Salzburg dość szybko zostaje za nami, miejska zabudowa ustępuje zielonym dolinom, a góry z każdym kilometrem są coraz bliżej. Są bardzo przyjemne drogi i ścieżki rowerowe, ale zdarzają się też słabsze fragmenty przy bardziej ruchliwych, krajowych drogach.

alpe-adria-wygodny-rower-6

alpe-adria-wygodny-rower

alpe-adria-wygodny-rower

alpe-adria-wygodny-rower

alpe-adria-wygodny-rower

Im bliżej Bad Gastein, tym bardziej czuć, że wjeżdżamy w Alpy. Pojawia się więcej podjazdów, a rower obciążony sakwami szybko przypomina, że 109 kilometrów tutaj to jednak coś innego niż 109 kilometrów po Mazowszu.

Z każdym kolejnym kilometrem pojawiały się niewielkie miejscowości, gospodarstwa i samoobsługowe stoiska z lokalnymi produktami. Można kupić truskawki, domowe przetwory czy soki, zostawiając pieniądze w przygotowanej kasetce.

Do Bad Gastein dotarliśmy wieczorem. Następnego dnia czekał nas jeden z najbardziej charakterystycznych fragmentów Alpe Adria: przeprawa przez masyw Tauern, której nie pokonuje się rowerem, lecz… pociągiem.

Dzień 2. Bad Gastein – Villach

Rano ruszyliśmy w stronę Böckstein. To właśnie tutaj rowerowa część trasy na chwilę się kończy. Dalej przez góry nie prowadzi droga rowerowa. Z rowerami wsiada się do pociągu, który tunelem Tauern przewozi pasażerów do Mallnitz po drugiej stronie masywu.

alpe-adria-wygodny-rower

alpe-adria-wygodny-rower

alpe-adria-wygodny-rower

Przejazd trwa około 11 minut, a podczas naszego wyjazdu bilet dla jednej osoby z rowerem kosztował 13 euro. Co ważne, pociąg nie jest tutaj żadnym skrótem ani alternatywą dla ambitniejszych. Jest częścią przebiegu Alpe Adria i sposobem na przedostanie się przez masyw Tauern.

Po wyjściu z pociągu wróciliśmy na rowery i od razu zaczęliśmy od 12-procentowego zjazdu. Po podjazdach poprzedniego dnia była to całkiem przyjemna odmiana.

Dalej jechaliśmy przez Karyntię, najpierw wzdłuż rzeki Möll, później Drawy. Ten etap okazał się znacznie łagodniejszy od pierwszego. Było mniej podjazdów, za to więcej długich zjazdów i spokojnych odcinków odseparowanych od samochodów. Część trasy wykorzystuje również przebieg dawnej linii kolejowej – motyw, który jeszcze wróci na Alpe Adria w znacznie bardziej spektakularnej wersji.

Tego dnia większym wyzwaniem od przewyższeń okazała się temperatura. Termometry pokazywały nawet 32°C, więc postoje w cieniu i uzupełnianie płynów stały się obowiązkowym elementem jazdy.

alpe-adria-wygodny-rower

alpe-adria-wygodny-rower

alpe-adria-wygodny-rower

alpe-adria-wygodny-rower

Na szczęście po drodze regularnie pojawiają się miejsca przygotowane z myślą o rowerzystach oraz niewielkie samoobsługowe sklepiki prowadzone przez lokalne gospodarstwa. Szczególnie zapamiętaliśmy jeden z nich, należący do rodziny sadowników. W lodówce czekały zimne soki jabłkowe z ich własnych jabłek. Przy 32 stopniach smakowały wyjątkowo dobrze :-)

alpe-adria-wygodny-rower

alpe-adria-wygodny-rower

Wieczorem dotarliśmy do Villach. Dzień zakończyliśmy już bardzo po austriacku: grillowaną kiełbasą z musztardą i bułką oraz lokalnym Villacher. W końcu poznawanie trasy nie musi ograniczać się wyłącznie do kilometrów przejechanych na rowerze :-)

alpe-adria-wygodny-rower

Dzień 3. Villach – Udine

Trzeci dzień był najdłuższym etapem całej wyprawy – przed nami było 146 kilometrów z Villach do Udine.

Przy takim dystansie trzeba już pilnować nie tylko tempa, ale też regularnego jedzenia i picia. Mieliśmy ze sobą napoje, magnez, żele i przekąski, a postoje planowaliśmy tak, żeby uzupełniać energię na bieżąco.

alpe-adria-wygodny-rower

alpe-adria-wygodny-rower

alpe-adria-wygodny-rower

Po przekroczeniu granicy austriacko-włoskiej zaczyna się fragment, który zrobił na nas chyba największe wrażenie podczas całej Alpe Adria. Trasa prowadzi przez Alpy Julijskie śladem dawnej linii kolejowej, przekształconej dziś w świetną drogę rowerową.

Jedzie się przez stare tunele i mosty, cały czas w otoczeniu gór i praktycznie bez kontaktu z ruchem samochodowym. To jeden z tych odcinków, na których trudno zdecydować, czy lepiej jechać dalej, czy zatrzymywać się co kilka kilometrów i podziwiać spektakularne widoki.

alpe-adria-wygodny-rower

alpe-adria-wygodny-rower

alpe-adria-wygodny-rower

alpe-adria-wygodny-rower

Bardzo dobrze wykorzystano też pozostałości kolejowej infrastruktury. Niektóre dawne stacje dostały drugie życie jako miejsca dla rowerzystów. Można zatrzymać się na kawę, coś zjeść, odpocząć, a czasem również skorzystać z podstawowych narzędzi serwisowych. Na taki punkt trafiliśmy między innymi w Chiusaforte.

alpe-adria-wygodny-rower

alpe-adria-wygodny-rower

alpe-adria-wygodny-rower

alpe-adria-wygodny-rower

Wraz z kolejnymi kilometrami zaczyna się zmieniać krajobraz. Góry powoli zostają za nami, pojawiają się pola, winnice i pierwsze palmy, a alpejskie miejscowości ustępują coraz bardziej włoskim krajobrazom.

Zmieniły się też nasze postoje. Austriackie kiełbaski zastąpiły pizza, espresso i gelato. Do tej zmiany przyzwyczailiśmy się wyjątkowo szybko :-)

Ostatnie 30 kilometrów do Udine

Końcówka najdłuższego etapu nie była już tak spokojna. Około 30 kilometrów przed Udine złapał nas mocny deszcz, a chwilę później doszła do tego awaria jednego z rowerów.

alpe-adria-wygodny-rower

alpe-adria-wygodny-rower

alpe-adria-wygodny-rower

Na szczęście mieliśmy ze sobą podstawowe narzędzia i usterkę udało się usunąć na miejscu. To zresztą dobry argument, żeby na kilkudniową wyprawę zabrać chociaż podstawowy zestaw naprawczy. Nie ma potrzeby wozić ze sobą połowy warsztatu, ale multitool, pompka, zapasowa dętka i kilka drobiazgów mogą oszczędzić sporo problemów.

////

Co jeszcze warto zabrać na kilkudniową wyprawę rowerową? Przygotowaliśmy praktyczną checklistę, z której sami korzystamy przed wyjazdem. Pobierz ją, zapisz i odhacz wszystko przed ruszeniem w trasę.

POBIERZ CHECKLISTĘ

////

Do Udine dotarliśmy już w deszczu, mając za sobą 146 kilometrów. Był to najdłuższy etap całej wyprawy. Na ten dzień zdecydowanie wystarczyło.

Dzień 4. Udine – Grado

Czwarty dzień zaczęliśmy w Udine, a przed nami był już ostatni etap Alpe Adria. Po trzech dniach jazdy przez góry krajobraz zaczął zmieniać się niemal z każdym kilometrem. Zniknęły alpejskie podjazdy, zrobiło się płasko, a trasa prowadziła przez winnice, niewielkie włoskie miejscowości i długie aleje drzew.

alpe-adria-wygodny-rower

alpe-adria-wygodny-rower

alpe-adria-wygodny-rower

Po drodze zatrzymaliśmy się w miejscowości Palmanova – mieście-twierdzy zbudowanym na planie dziewięcioramiennej gwiazdy. Jego układ najlepiej widać oczywiście z góry, ale również z poziomu roweru miasto robi wrażenie. Do historycznego centrum wjeżdża się przez potężne kamienne bramy, które prowadzą w stronę ogromnego Piazza Grande.

alpe-adria-wygodny-rower

alpe-adria-wygodny-rower

alpe-adria-wygodny-rower

Zrobiliśmy tutaj dłuższą przerwę na espresso i gelato. Po kilku dniach jazdy ten zestaw zdążył już stać się stałym elementem włoskiej części naszej trasy.

Z Palmanovy ruszyliśmy w stronę Grado. Ostatni fragment jest zupełnie inny od tego, czym Alpe Adria wita rowerzystów w Austrii. Jest płasko, coraz bardziej śródziemnomorsko, aż w końcu droga rowerowa wychodzi na długi odcinek prowadzący przez lagunę.

alpe-adria-wygodny-rower

Po kilku dniach w Alpach widok wody po obu stronach trasy jest najlepszym sygnałem, że Adriatyk jest już naprawdę blisko.

Do Grado dotarliśmy przed południem. Za nami zostało ponad 400 kilometrów od Salzburga, a przed nami pojawiły się marina, łódki i Adriatyk. Trudno o większy kontrast z krajobrazem, w którym zaczynaliśmy tę wyprawę kilka dni wcześniej.

I chyba właśnie ta różnorodność jest największą siłą Alpe Adria. Zaczyna się w austriackich Alpach, prowadzi przez górskie doliny i tunele dawnej kolei, później pojawiają się włoskie winnice i miasteczka, a na końcu dojeżdża się nad morze. Na nieco ponad 400 kilometrach sceneria potrafi zmienić się właściwie z dnia na dzień.

Z Grado promem do Triestu

W Grado kończyła się Alpe Adria, ale nie nasza podróż. Powrót mieliśmy zaplanowany wcześniej – z Triestu do Polski mieliśmy zarezerwowany FlixBus z miejscami na rowery. Pozostało więc dostać się z Grado do Triestu.

alpe-adria-wygodny-rower

alpe-adria-wygodny-rower

Wybraliśmy prom. Podczas naszego wyjazdu bilet kosztował 20 euro od osoby i 1 euro za rower, a sam rejs trwał około godziny i 15 minut. Przewóz rowerów był bardzo prosty – nie trzeba ich rozkręcać ani pakować, a obsługa pomaga przy wnoszeniu i wynoszeniu z pokładu.

alpe-adria-wygodny-rower

W czasie naszego wyjazdu promy z Grado do Triestu kursowały o 12:00 i 19:45, natomiast w poniedziałki nie pływały. To ważna informacja przy planowaniu powrotu, szczególnie jeśli dalszy transport z Triestu jest już zarezerwowany. Połączenie promowe jest sezonowe, rozkład może się zmieniać, a liczba miejsc na rowery jest ograniczona, dlatego przed wyjazdem koniecznie trzeba sprawdzić aktualne godziny rejsów.

Po 13:00 byliśmy już w Trieście. Do odjazdu autobusu mieliśmy jeszcze trochę czasu, więc udało się zobaczyć miasto, odpocząć na plaży i dopiero później ruszyć w drogę powrotną do Polski.

alpe-adria-wygodny-rower

alpe-adria-wygodny-rower

alpe-adria-wygodny-rower

alpe-adria-wygodny-rower

alpe-adria-wygodny-rower

alpe-adria-wygodny-rower

Czy Alpe Adria jest trudna?

Po przejechaniu całej trasy powiedzielibyśmy, że Alpe Adria nie jest szczególnie wymagająca technicznie, ale wymaga przyzwoitej kondycji.

Większość trasy prowadzi po asfalcie, drogach rowerowych i dobrych nawierzchniach. Nie trzeba mieć doświadczenia w MTB ani specjalnych umiejętności terenowych. Trzeba natomiast pamiętać, że część trasy prowadzi przez Alpy, więc szczególnie po austriackiej stronie pojawiają się przewyższenia. Z rowerem obciążonym sakwami odczuwa się je znacznie bardziej niż podczas krótkiej wycieczki bez bagażu.

Do tego dochodzą pogoda i zmęczenie kumulujące się po kilku kolejnych dniach jazdy. My dodatkowo przejechaliśmy Alpe Adria w cztery dni, dlatego nasze etapy były znacznie dłuższe niż przy standardowym podziale trasy.

Jeśli macie do dyspozycji 6–9 dni, zdecydowanie warto rozłożyć dystans spokojniej. Będzie więcej czasu na odpoczynek, zwiedzanie i spontaniczne postoje. A tych ostatnich na Alpe Adria naprawdę warto sobie nie odmawiać.

Jaki rower sprawdzi się na Alpe Adria?

Na tę trasę nie potrzeba specjalistycznego roweru wyprawowego. Dobrze sprawdzi się rower trekkingowy, gravel lub inny wygodny rower turystyczny, na którym jesteście przyzwyczajeni do pokonywania dłuższych dystansów.

Ważniejsze od samej kategorii roweru są jego dobre dopasowanie, odpowiednio lekkie przełożenia na podjazdy, sprawne hamulce oraz możliwość wygodnego przewożenia bagażu.

Przed wyjazdem warto też zrobić porządny przegląd roweru. Kilkaset kilometrów z sakwami szybko ujawnia problemy, które podczas krótkich przejażdżek po mieście mogą jeszcze pozostać niezauważone. Zużyty łańcuch, kończące się klocki hamulcowe, źle wyregulowana przerzutka czy opona, której wymianę odkładaliśmy „na później”, w połowie Alp mogą skutecznie pokrzyżować plany.

Oczywiście nawet najlepiej przygotowany rower nie daje gwarancji bezawaryjnej jazdy – sami przekonaliśmy się o tym podczas tej wyprawy. Dobry przegląd przed wyjazdem pozwala jednak ograniczyć ryzyko i przede wszystkim wyeliminować usterki, którym można było zapobiec jeszcze przed ruszeniem w trasę.

Jeśli planujecie podobną wyprawę, przed wyjazdem możecie zostawić rower w jednym z naszych serwisów rowerowych w Warszawie. Warto powiedzieć nam, gdzie jedziecie, jaki dystans planujecie i czy będziecie podróżować z bagażem. Dzięki temu możemy sprawdzić rower właśnie pod kątem takiego wyjazdu.

Czy pojechalibyśmy Alpe Adria jeszcze raz?

Tak. Tylko następnym razem prawdopodobnie dalibyśmy sobie trochę więcej czasu. Cztery dni wystarczyły, żeby przejechać całą trasę, ale przy tak długich etapach nie zawsze mogliśmy zatrzymać się tam, gdzie mieliśmy ochotę. A miejsc wartych postoju jest tutaj naprawdę sporo.

Najbardziej podobała nam się różnorodność Alpe Adria. Zaczynamy w Salzburgu, później jedziemy przez austriackie Alpy i Karyntię, pociągiem przedostajemy się przez tunel Tauern, a po przekroczeniu granicy z Włochami trafiamy na świetną trasę poprowadzoną dawną linią kolejową przez Alpy Julijskie. Z czasem góry zostają za nami, pojawiają się winnice, włoskie miasteczka i Palmanova, a ostatnie kilometry prowadzą przez lagunę do Grado nad Adriatykiem.

W naszym przypadku było to ponad 400 kilometrów przez dwa kraje w cztery dni. Zdecydowanie dalej niż nasze zwykłe rowerowe wypady po Warszawie i Mazowszu.

I właśnie dlatego chcieliśmy opisać tę trasę również tutaj. Może następnym razem ktoś z Was zaplanuje rowerową wycieczkę trochę dalej od domu :-)